Huzia na Mikołejkę!

No i mamy kolejne święte oburzenie! Profesor Zbigniew Mikołejko pozwolił sobie na klika słów krytyki wobec bodaj największej świecko-masowej świętości – matki z nowo narodzonym dzieckiem. Szczerze mówiąc, temat aż się prosił, bo wraz z tłustymi latami wolności i względnego dobrobytu wiele polskich mam uznało, że ich dzieci to następcy tronu, a jak wiadomo – następcy tronu i jego matce (prawdopodobnie królowej) wolno wszystko.

Święte oburzenie jak zwykle wyraziło się w opętańczych lamentach na blogach, które to lamenty niestety nie odnoszą się do poglądów profesora, z tego prostego względu, że poglądy te nie zostały zrozumiane. Nie jest to oczywiście pierwszy przypadek niezrozumienia, bo publika lubi przekaz prosty – to jest cacy, a to be. Kiedy coś wymaga choćby śladowego namysłu, można zareagować tylko w jeden znany sposób – agresją.

Tymczasem profesor dość trafnie uchwycił kolejny element buntu mas - uczynienie przedmiotem kultu własnych możliwości rozrodzonych i ich owoców – dzieci. Kult ten szybko się rozprzestrzenia, gdyż nie wymaga wiele od swoich wyznawców. Wystarczy zdolność płodzenia i parę złotych w kieszeni, żeby słowo, które stanie się ciałem, odpowiednio wyeksponować: kupić wózek, stroje, urządzić wystawne chrzciny, komunię, wesele. Oczywiście głównym przedmiotem tego kultu jest DZIECKO. W takim ujęciu matka staje się kimś w rodzaju Matki Boskiej. Kuriozalne, ale – zdaje się – prawdziwe. Jakaś transcendencja jest bowiem człowiekowi potrzebna. Po cóż jej szukać, zmagać się z hamletowskimi rozterkami, skoro można zrobić i urodzić dziecko*.
Innymi słowy, dzieci stały się wobec mas wartością zewnętrzną bardziej może, niż chrześcijański Bóg, którego nie sposób się już dopatrzeć w całkowicie doraźnych, marketingowych i merkantylnych działaniach Kościoła.

Żeby nie było (choć i tak będzie). Znam wiele mam, które też chodzą z wózkiem, ale nie uczyniły nowo narodzonego przedmiotem kultu, a swoje macierzyństwo traktują z dystansem i intymnością (co na pewno może niektórym doskwierać). Matki te są antytezą „wózkowych” opisanych przez profesora i – najprawdopodobniej - ostatnią nadzieją ludzkości, bo można przypuszczać, iż ich dzieci, co do zasady, nie będą panoszyć się i rozpychać łokciami miażdżąc po drodze wszystkich i wszystko wokół siebie (choć w zetknięciu z „następcami tronu” „wózkowych” ich skromność może zrazu wydawać się wadą).

W poglądach profesora nie doszukałem się ani krzty antyfeminizmu czy mizoginizmu. Mikołejko w niemal żołnierskich słowach opisał zjawisko pozornie nieszkodliwie, na zewnątrz tandetne, czasami zabawne, ale mające również poważne konsekwencje społeczne – tłumy ludzi zapatrzonych w siebie i własne dzieci. Nikt nie pyta, w co i w kogo będą się patrzeć te dzieci, kiedy dorosną. Póki co trzeba bić w profesora!

________________________________________________________________
* Należy jednak zaznaczyć, że wyznawcami, a zarazem ofiarami tego kultu nie są jedynie kobiety.
ZOBACZ TAKŻE:
WIĘCEJ NA TEMAT:
Przestępczość
Skomentuj