O autorze
Zawodowo adwokat. W wolnych chwilach zajmuję się filozofią prawa, etyką, filozofią społeczną i filozofią w ogóle.

Uważam, że światu potrzeby jest kolejny renesans. Nic jednak nie wskazuje, aby miał on nastąpić. Dlatego ze względnym spokojem oczekuję apokalipsy. W jej obliczu większość naszych problemów staje się pozorna. Dotyczy to również problemów prawa i filozofii. Przede wszystkim o tym ma być ten blog, a co z tego wyjdzie..., zobaczymy.

e-mail: jedrek.gasior@gmail.com

Zapraszam również na mój blog związany głównie z przyrodą miejską, problemami samorządności, społeczeństwa obywatelskiego, etc. gasiorowski.e-sochaczew.pl.

Dlaczego demokracja umiera?

Z trzech dość prostych powodów. Pierwszy to globalne ocieplenie i wszelkie składowe ekologicznej katastrofy (wyczerpanie zasobów, przeludnienie etc.). Drugi - koniec modelu ekonomicznego nieograniczonego wzrostu, trzeci – upadek mitu liberalizmu, wolnego rynku i konsumpcji jako projektów nieśmiertelności. Okazały się być zbyt mało bohaterskie i zbyt mało skuteczne w obliczu śmierci.

Sukces prawa i demokracji, jaki nastąpił po II wojnie światowej na znacznej części świata, był składową kilku elementów. Zmęczenia wojenną hekatombą, możliwościami swobodnego i (jak się wtedy wydawało) nieograniczonego wzrostu gospodarczego i wreszcie spolaryzowaniem świata wokół dwóch w miarę czytelnych idei, z jednej strony różnych modyfikacji marksizmu-leninizmu, z drugiej liberalizmu i wolnego rynku.



Pozwalały one stronom konfliktu z jednej strony na pozostawanie we względnie trwałym imaginarium własnego pakietu symboli i totemów, których należało bronić, z drugiej strony dostarczały nieustannie odpowiedniej liczby ofiar tak, aby poszczególne narody czuły się usatysfakcjonowane i spełnione na ołtarzu bohaterstwa. Nie w walce z socjalizmem czy kapitalizmem przecież, ale ostatecznie, w walce ze śmiercią. Prawda, że bezowocnej, ale jednak prowadzonej w ogromnym rozmachem i konsekwencją.

To, co stanowiło bazę sukcesu, a co zaczyna kończyć się symbolicznie wraz z walącymi się wieżami World Trade Center, niemal błyskawicznie doprowadza do upadku fantazmatu prawa i demokracji jako uniwersalnych idei mających zabezpieczać ludzkie hordy przez wyżynaniem jedna drugiej i wewnątrz siebie. Masy zadławione konsumpcją stają się wściekłe. Jak to – mamy pięć samochodów, trzy domy i nadal musimy umierać. Po co zatem nasze wysiłki, praca itd. itp. Nie tylko, że jesteśmy przejedzeni, ale nie udało nam się osiągnąć nawet minimum satysfakcji, rozładowania i wreszcie – lęk przed śmiercią nie skończył się i nie kończy wraz z kupnem nowego telefonu. Wiem, to banalne, ale tak to – zdaje się – wygląda. Frenetyczna konsumpcja w obliczu śmierci, musi ulec politycznym hipnotyzerom odwołującym się do stałego pakietu symboli i wartości. „Wolność, równość, braterstwo” nigdy nie wygrają z „Bóg, honor ojczyzna”. To nie nierówności napędzają populistów, ale dogmatyczne zaprzeczanie ich istnieniu.

Z tych prostych przyczyn, nikt, kto chce stanowić dziś realną opozycję wobec modeli politycznych opartych na fiksacji do „matki, rasy, narodu i religii”, nie może opisanych okoliczności nie uwzględniać. I – co jest całkowicie oczywiste – nikt ich nie uwzględnia. Jedynym politykiem, który zdaje się mieć pojęcie o takiej a nie innej faktyczności jest Emmanuel Macron, który okrutną prawdę końca cywilizacji i szóstego wymierania przekuł na polityczny populizm i to dało mu siłę wystarczającą do pokonania wodza (wódzki?) starego modelu w postaci Marine Le Pen.

Przenosząc to co powiedziano wyżej na polski grunt, widać jasno, że my nikogo takiego nie mamy. Dlatego nasza całkowicie umowna opozycja oddawać się może wyłącznie rytualnym tańcom wokół idei, które rozumie tak powierzchownie, jak prognozę pogody w jednej z komercyjnych stacji. Pada – źle. Słońce – dobrze. Trójpodział władzy, państwo prawa, demokracja, prawa socjalne, równość. Masy na wschód od Odry nigdy tych rzeczy nie rozumiały, a jak się okazało w zglobalizowanym świecie nikt już ich nie rozumie, włącznie z takimi demokracjami jak angielska czy amerykańska, które de facto już nimi nie są albo za chwilę przestaną być.

Dlatego nie sposób nawet skomentować wystawianie na „barykady wolności” ludzi pokroju Leszka Balcerowicza, Władysława Frasyniuka, czy nawet Roberta Biedronia (temu ostatniemu najbliżej do ideału, ale nie ma on wszystkich wymaganych cech wodza). Prawdziwe ośrodki opozycyjnej siły to dziś obrońcy puszczy i drzew, ruchy feministyczne które nad genderowe fantazje przedkładają bezpośrednie działanie na rzecz praw kobiet, całe mnóstwo młodych ludzi o wzrastającej świadomości ekologicznej, którzy, mając swojego Aragorna, daliby odpór rówieśnikom upojonym maną wodza i wizją bohaterskiej śmierci.

Póki co możemy pisać elegie, z takim może zastrzeżeniem, że mają do nich prawo tylko ci, którzy (jednak) walczą.
Trwa ładowanie komentarzy...