Jak wygrać wybory przyjmując uchodźców

Wizja świata, w którym możemy tu w świecie Zachodu dokonać wyboru – przyjmować czy nie przyjmować uchodźców lub imigrantów, to fantazja będąca skutkiem potężnego mechanizmu wyparcia, za którym kryje się całkowita niemoc w rozwiązywaniu jakichkolwiek problemów. Na czele z jedynymi rzeczywistymi dziś „problemami” tj. globalnym ociepleniem, masowym wymieraniem gatunków (a dokładniej wymieraniem życia), końcem wzrostu gospodarczego, rozkładem demokracji etc. W sposób szczególnie intensywny odzywa się, kiedy ktoś celowo lub przypadkiem powie, że żadnych uchodźców przyjmować nie zamierza, co tym razem przytrafiło się Grzegorzowi Schetynie.

Psychologiczne tło zjawiska moralnego wzmożenia części mieszkańców Europy wyczerpująco i z właściwym sobie wdziękiem nakreśla Słavoj Žižek. Podobnie zresztą jak tło geopolityczne, militarne i gospodarcze wielkiej migracji. Ostatecznie jest ono względnie przejrzyste – państwa Zachodu ingerując w losy państw Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej zdestabilizowały sytuację tak dalece, że wymknęła się ona spod czyjejkolwiek kontroli. U podłoża syryjskiej wojny leży również napędzana globalnym ociepleniem susza.

Oczywiście Žižek ze swoim wyważonym stanowiskiem wobec przyjmowania uchodźców jest konsekwentnie ignorowany przez środowiska lewicowo-liberalne, choć są one na tyle rzetelne (przynajmniej w Polsce), aby prezentować poglądy słoweńskiego filozofa. Bez względu na to, zawsze gotowe są wpaść w histerię, kiedy ktoś – jak Grzegorz Schetyna – powie szczerze, co myśli.

A myśli mniej więcej to, co większa część polskiego społeczeństwa. Myśli te zresztą, jak słusznie zauważa Žižek, nie muszą być od razu faszyzmem, czy protofaszyzmem (choć mają tendencję do przeradzania się w nie). Podobnie jak chęć ochrony własnego „stylu życia”. Mechanizm, w którym uwzniośleni moralnie przedstawiciele europejskich liberałów i lewicy obciążają gigantycznym poczuciem winy niepozbawionych chłopskiego rozumu Europejczyków (w tym przypadku Polaków), podobnie jak nigdy niezaspokojona chęć moralnej wyższości jest (jak większość mechanizmów tego typu) zabójczy nie tyko dla nich samych, ale szkodliwy również dla ogółu, a ostatecznie dla samych uchodźców, ponieważ otwiera w sposób oczywisty drogę rzeczywistemu nacjonalizmowi i ksenofobii i całkowicie bezpośrednio odsuwa wyborców umiarkowanych od głosowania na centrum i lewicę. Z tego prostego powodu, że wyborcy umiarkowani (w większości) – nie życzą sobie uchodźców i imigrantów tak samo, jak nie życzą ich sobie nacjonaliści. Dochodzi tu jeszcze rażąco oczywista argumentacja, że Polacy (i znaczna część Europejczyków) nie mają ochoty ponosić konsekwencji wojen rozpętanych przez USA, Wielką Brytanię i Francję, wspomaganych następnie przez Rosję, przemysł zbrojeniowy i paliwowy całego świata.

A jednak lewica i część liberałów twierdzą, że za niechęcią nie stoją żadne racjonalne przesłanki. Co prawda nie wskazują co dokładnie, ale najczęściej mówią o brakach w procesie edukacji, która ostatecznie nie doprowadziła do tolerancji wszelkich odmienności. W istocie rzeczy owa część lewicy i liberałów przypisuje ludzkiej masie zło o substancjalnym charakterze, do czego zresztą nigdy się nie przyzna. Tym warto się zająć w innym miejscu.

Moralny narcyzm niosących pomoc jest o tyle uderzający, że ci sami intelektualiści i politycy, którzy gotowi są na każdym kroku potępiać bezrefleksyjnie konfesyjne i fundamentalistyczne własne społeczeństwa, bez najmniejszych obaw godzą się na jeszcze bardziej konfesyjne i fundamentalistyczne społeczności przybyszów, które, powtarzam to z ostrożności za Žižkiem, „zabraniają dzieciom nauki w państwowych szkołach, zmuszają kobiety do ubierania i zachowywania się w konkretny sposób, którzy aranżują małżeństwa swoich dzieci, którzy dyskryminują homoseksualistów” itd. itp.

Mimo wszystko warto przypomnieć, że jeśli w Europie, przynajmniej na jakiś czas zapomnieliśmy o podobnych niedogodnościach, to jest wynikiem trwających setek lat wojen religijnych, rzezi i rewolucji, które ostatecznie doprowadziły do względnego sukcesu praw człowieka i obywatela, poszanowania dla odmienności jednostki, jej indywidualności i tym podobnych zdobyczy, które nie tylko, że ciągle jeszcze są nietrwałe, ale które są coraz częściej otwarcie kwestionowane i to zarówno ze strony przybyszów, jak i rodzimych fundamentalistów, przy czym nie można wykluczyć w swoim czasie sojuszu jednych i drugich przeciw „uznanym” wartościom oświecenia.

Z perspektywy nadchodzącej zagłady ekologicznej „przypadek uchodźców” to jeszcze jedna forma klimatycznego negacjonizmu. Oto ludziom wydaje się, że bez względu na to, ile wojen rozpętają, jak bardzo zdewastują kolejne części Ziemi, zawsze znajdzie się raj, w którym będzie się można urządzić na nowo. Ów raj gotów jest wyżywić nieograniczoną liczbę ludzi, nie istnieją w nim napięcia związane z przeludnieniem i rażącymi odmiennościami kulturowymi, innymi słowy jego możliwości są nieograniczone. Ów raj posiada wszelkie cechy raju biblijnego, nie wiadomo gdzie istnieje, może być tylko konstruktem myśli, może być również zupełnie konkretnym miejscem na Ziemi. Dla prawdziwych uchodźców to Europa, dla Europejczyków Kanada, a jeszcze dla innych Mars.

Zdaniem części mieszkańców świata Zachodu ów raj czeka dziś na mieszkańców Wschodu i Południa. Świat nie jest przeludniony, a przeciętna rodzina przybyszów ze Wschodu i Południa może pozwolić sobie na piątkę dzieci, z których wszystkie znajdą tu zatrudnienie i godziwy zarobek, akceptując w pełni wolność, równość, braterstwo, gender i konwencję antyprzemocową.

Tymczasem transmitowane w jakości HD rzezie, które dokonują się dziś na terenach Syrii i Iraku, antycypują jedynie to, co będzie się działo wraz z dalszym wzrostem temperatury, kiedy na Zachód i Północ ruszą miliony ludzi ze strefy zwrotnikowej, a Zachód i Północ zaczną się borykać z wewnętrzną migracją ludzi uciekających z terenów zalewanych przez morze. Wtedy będziemy mogli rozmawiać o moralności, wartościach, tolerancji, gender, burkini, hidżabach, prawach mniejszości i co nam jeszcze przyjdzie do głowy.

Bez względu na to jak bardzo ludzka masa stara się zaprzeczyć ekologicznej sytuacji Ziemi, mniej lub bardziej świadomie zdaje sobie sprawę z nadchodzącego dramatu. Dowodem tego są już tylko różnego rodzaju czynności mające odepchnąć zgubę – od kompulsywnej konsumpcji, przez wybory para-religijnych szaleńców, mających bezpośrednio doprowadzić do zbawienia, po przemoc jawną (jak ta w Syrii) i kamuflowaną (jak polska rzeź drzew). W to wszystko wpisuje się również oderwana od faktów chęć niesienia pomocy, doraźnie zrozumiała i zasługująca na moralną aprobatę, z drugiej strony przerażająco infantylna, tyle tylko, że nie ze względu na przeceniane zagrożenie terroryzmem (i daleko bardziej niebezpieczne odmienności kulturowe), a oczywistość faktu, że kiedy ruszy prawdziwa migracja napędzana zmianą klimatu (a ruszy w ciągu kilku, kilkunastu lat), wszystko co znamy, zostanie po prostu zmiecione, na czele z prawem, demokracją, własnością etc.

Przekreślanie rzeczywistej chęci niesienia pomocy uchodźcom byłoby tak samo naiwne, jak wiara w to, że możemy rozwiązać problemy Wschodu i Południa poprzez nieograniczoną asymilację mieszkańców tych części świata. Kiedy spojrzy się na sprawę bez emocji (czyli tak, jak nikt na nią nie patrzy, od zjadaczy chleba po najważniejszych polityków świata), to szybko okaże się, że problem uchodźców to jedynie rozbudowany dylemat łodzi ratunkowej, na której zdarzają się oczywiście jednostki o takim harcie ducha, że gotowe są poświęcić własne życie, dla ratowania innych. Tyle tylko, że trzeba je traktować jako wyjątek od reguły. Ile takich jednostek jest dziś pośród tych, którzy nie widzą problemu ograniczonej „pojemności” Zachodu? Jak zachowają się inni, kiedy moralność przestanie być możliwa? Czy wszyscy okażą się sprawiedliwymi wśród narodów świata?

Mam niejasne poczucie, że za fantazją o nieograniczonej możliwości asymilacji kryje się cały ocean innych. Estetyczna, dziecięca ciekawość przybyszów, podświadomy podziw dla świata religijnego fundamentalizmu (niegdyś odrzuconego, a dziś powracającego również w chrześcijańskim wydaniu), potrzeba kolejnej transgresji – w wyzwalanych z rąk ISIS wioskach kobiety zdzierają z siebie nakrycia głowy, zasłony twarzy, w Europie funkcjonują jako wyraz genderowej wolności wyboru (sic!).

I ostatnia, najbardziej przerażająca, fantazja multikulturalizmu. Dopiero niedawno uświadomiłem sobie, że kryje się za nią ta sama nonszalancja i zwykła głupota, która kryje się za stuprocentową, niemą, tępą akceptacją niszczenia bioróżnorodności (a w istocie niszczenia życia). Wiara w dowolne niszczenie światów i kultur, które gdzieś i kiedyś wskrzeszą się same, które ktoś wskrzesi za nas lub które odrodzą się w swojej pierwotnej wersji w homogenicznym świecie wielkich miast, rolniczych monokultur i fabryk śmierci zwanych przemysłowym chowem zwierząt. One odrodzą się rzeczywiście, ale oderwane od korzeni, mogą to robić jedynie w formie tak zdeformowanej jak okrutni chłopcy torturujący ludzi w teatrze Bataclan. Jak zmyć z siebie poczucie winy za te zniszczenia? Uznać je za niebyłe, dokładnie tak samo jak odrzucenie ochrony środowiska naturalnego w Polsce czy USA znosi problem dosłownego zdychania życia na Ziemi!?

Jak na tle tego obłędu wypada Grzegorz Schetyna? Jak wygrać wybory, skoro tępa masa równie tępo odrzuca fantazje nieograniczonej asymilacji? Fantazję głupią, szkodliwą i ostateczną. Jak pokonać „dobrą zmianę”, która choć sama fantazjuje na potęgę, w małpim odruchu niechęci do obcego jest taka ludzka, że zawsze musi wygrać? Gdzie leży granica niszczenia heteronomiczności świata pod maską moralności? Jak pokonać sprytnych szaleńców, biorąc na siebie winy, których odrzucenie daje im tak morderczą siłę? Czym jest ów moralny dylemat w świecie demokracji, w której od dawna decydujemy już tylko o tym, czy akceptujemy śmierć, czy jeszcze raz chcemy rzucić jej wyzwanie?

_______________
Cytaty ze Słavoja Žižka za „Norwegia nie istnieje”, przeł. K. Juruś, krytykapolityczna.pl.
Trwa ładowanie komentarzy...