Wiosna w czasach zarazy

Pisząc od dobrych kilku lat o końcu świata, doszedłem do miejsca, w którym zupełnie, ale to zupełnie nie wiadomo, co powiedzieć. Trzeba by się oddać tej chwili, kiedy wszystko doszło do swojego dialektycznego kresu. To znaczy żyje jeszcze, ale zaraz nastąpi przemiana i wszystko, łącznie z nami, stanie się częścią materii nieożywionej. Niebezboleśnie oczywiście. To się już czuje przez skórę, w powietrzu, w wodzie i w ziemi. A przede wszystkim w braku wiosny, bo wszystko to, w czym istnieje wiosna – drzewa i ptaki – zostało usunięte.

Jest, ponoć chińskie, przysłowie, że dobry czas na zasadzenie drzewa był trzydzieści lat temu. Myślę, że dobry czas na posadzenie drzewa rzeczywiście był trzydzieści lat temu, jeszcze lepszy pięćdziesiąt, a najlepszy sto. W Polsce w ogóle nie ma takiego czasu (chyba nie ma go również w Chinach swoją drogą). W Polsce każdego dnia jest dobry czas na wycięcie drzewa - trzydziestoletniego, pięćdziesięcioletniego, a jeszcze lepiej stu i więcej letniego. No i się tnie. A chociaż się tnie cały czas, to widać już, że pierwsza wściekłość minęła (nadejdzie znowu wczesną wiosną kolejnego roku). Widać też, że co mądrzejsi ludzie dostrzegają, że w tym niszczeniu drzew nie chodzi o żadne tam pieniądze, ale o sublimację popędów, przy której – przy okazji – można coś dla siebie ugrać. Nota bene było tak podczas wielu rzezi dokonywanych na ludziach przez tysiące lat tragicznej historii homo sapiens.

Tak czy siak, wiosna bez drzew, ptaków i małych zwierząt nie jest już wiosną. Jest tylko zmianą kąta nachylenia osi Ziemi wobec Słońca, które teraz będzie grzało trochę mocniej, a w lecie znacznie mocniej. Coraz mocniej, bo zamknęliśmy się w gazowej pułapce, z której już nie ma ucieczki. Wszystko co oddzielało nas od grozy i wyniosłości wszechświata unicestwiliśmy nie mogąc unieść ani śmierci, ani życia. Te dwa potężne lęki (określenie wzięte naturalnie od Ernesta Beckera) pchają ludzi do różnych głupstw odciągających ich od życia, ale (jednak) konsekwentnie zbliżających do śmierci. Może być takim szaleństwem frenetyczne wycinanie drzew, może być uczestnictwo w wielkich, nieustannie się rozgrywających, nieposiadających katharsis przedstawieniach. Taką wieczną sztuką, za wstęp na którą jeszcze (niektórym przynajmniej) płacą, jest sztuka Dobrej Zmiany. Szaleństwa można oczywiście łączyć i łączy się je dość często. Powstaje z tego wtedy otaczająca wszystko zaraza, która jak każda zaraza kończy się dopiero wtedy, kiedy unicestwi odpowiednią ilość materiału żywego.

Ludzie myślą, że jak dziś wytną drzewo, to posadzą sobie nowe i będą je mieli. Ludzie w sposób oczywisty są przerażająco głupi, ale nie na tyle, żeby nie wiedzieć, że drzewo, aby było drzewem musi rosnąć co najmniej trzydzieści lat. Dlatego, kiedy już je wytną, kiedy rozładują niepozwalające żyć napięcie, nie sadzą innego drzewa, ponieważ doskonale wiedzą, że po pierwsze nie ma to w ich wymiarze czasowym żadnego sensu, po drugie jedynie zwiększy smutek, jaki się często w człowieku pojawia po zbrodni. Bo zbrodnia przynosi ukojenie tylko w chwili popełniania, a i to nie zawsze. To dlatego jak się dokona jednej, to trzeba od razu czynić następną. W znanym nam świecie, dużych dorosłych drzew olbrzymów, strażników oddzielających nas od pustki Wszechświata, już nie będzie.

Ponieważ zupełnie, ale to zupełnie nie wiem co napisać tu na blogu, postanowiłem jakiś czas temu, że spróbuję zebrać myśli, jakie towarzyszą mi od kilku lat obserwowania i opisywania umierającego świata w coś większego. Innymi słowy, pracuję nad pewnym, hm… zbiorem myśli związanych z ewidentnym kończeniem się życia na Ziemi, który to zbiór chciałbym, żeby ktoś tam może nawet i przeczytał. Jest to zadanie obarczone licznymi, jak to się teraz ładnie mówi, ryzykami. Po pierwsze nie wiadomo, czy to się w ogóle da czytać, po drugie może nawet jak się da, to nikt po to nie sięgnie. Ważniejsze jednak są po trzecie i po czwarte. Po trzecie – dla kogo to pisać?

Tych, którzy życie unicestwiają, nie mogąc znieść jego ciężaru, to zupełnie ale to zupełnie nie obchodzi. To jednak najmniejszy problem. Większy jest taki, że czytelników już niebawem może po prostu nie być. Zakładam, że muchy i karaluchy jedynie całkowicie literalnie będą mogły konsumować owo „dzieło”. Pod warunkiem wszakże, że zostałoby wydane na dobrym papierze. A książka, bądź co bądź ekologiczna, powinna być wydana na papierze z recyklingu, bo jak się ją wyda na lepszym, można dostać burę od tych wszystkich, którzy na co dzień gorąco życia nienawidzą, ale kiedy zobaczą "ekoterrorystę", zawsze gotowi są mu wytknąć, że jeszcze żyje, choć powinien być konsekwentny i się zabić.

Najważniejsze ryzyko jest jednak takie, że po prostu nie zdążę. Oddając codziennie hołd Bogom Pieniądza, Kapitalizmu, Wolnego Rynku, Swobodnego Przepływu Dóbr i Kapitału, niewiele zostaje czasu i na pisanie, i na życie. Czasu biologicznego też coraz mniej. Zarówno w odniesieniu do pisarza, ale przede wszystkim w odniesieniu do jego czytelników.

Nawet zatem, jeśli coś w ogóle napiszę, to dla tych, którzy nie bali się żyć. Którzy w beznadziejnie tragicznej i smutnej walce o zachowanie życia na Ziemi odróżniali życie od wyobrażeń na jego temat. Odróżniali życie dwustuletniego dębu z milionem mieszkańców od życia embrionu należącego do gatunku, przy którym filmowe ksenomorfy to zupełnie sympatyczne stworzenia. Mają, to znaczy macie, Moje Przyjaciółki i Przyjaciele wielką szansę, że i śmierć obejdzie się z Wami nieco łaskawiej. Nieco tylko, bo będą się działy rzeczy straszne. Już się dzieją.

Mam też wielką nadzieję, że nie trzeba Wam mówić, co robić, żeby żyć, bo zawsze wiedzieliście to trochę lepiej od innych. Zbliżają się święta, które ponoć mają mieć coś wspólnego z życiem. Dlatego mi to wszystko przyszło do głowy. Nie bierzcie zbyt poważnie tych deklaracji. Prawdziwe życie rozgrywa się przeważnie gdzie indziej, ale może tak się stać, że również przy świątecznym stole, więc nie trzeba go całkiem przekreślać. Czego Wam wiosną w czasach zarazy, wiosną Anno Domini 2017 życzę!
Trwa ładowanie komentarzy...