Wszystko będzie dobrze

Zasadniczym instrumentem przeciwdziałania skutkom globalnego ocieplenia jest jego integralne zanegowanie. Jedynym sposobem zaprzeczenia, że dalszy wzrost gospodarczy nie jest możliwy, jest integralne podtrzymywanie wiary. Integralne, bo rozgrywające się na wszystkich związanych ze sobą płaszczyznach. Politycznej, ustrojowej, kulturowej, a przede wszystkim edukacyjnej. Widomym znakiem owej filozofii negacji jest dopalanie zagłady, które przybiera zadziwiająco podobne formy w różnych krajach. W Polsce szczególnie wyrazistą – oto ustawodawca ustawą dopuszcza całkowitą likwidację biosfery. Bo biosfera opiera się na drzewach i roślinach w ogóle.

Nigdy w historii ludzkości nie pojawił się inny sposób radzenia sobie z realnością śmierci. Kiedy mówimy o perspektywie śmierci zmultiplikowanej (ostatecznej zagładzie życia na Ziemi), homo sapiens musi wytworzyć, zmultiplikowany, integralny system samooszustwa. Im bardziej dane nauki, ale również dane codziennego doświadczenia wskazują, że możliwości życia na Ziemi kończą się, im bardziej zmultiplikowana śmierć staje się oczywista, tym mocniej zbiorowości homo sapiens krzyczą – to nieprawda – możemy robić co chcemy! Możemy wycinać drzewa, wydzierać ropę, gaz, olej palmowy, anihilując miliony hektarów lasów. Możemy pożerać miliony ton mięsa i wyławiać miliony ton ryb, którymi nakarmimy pożerane przez nas zwierzęta, wrzucając w zamian do oceanu miliony ton plastiku. Możemy, bo skoro możemy, to znaczy, że nie dzieje się nic takiego, co mogłoby nas niepokoić.

Tymczasem dzieje się. Przywoływanie oczywistości ekologicznej zagłady jest jednak pozbawione jakiegokolwiek sensu, bo im bardziej przerażający upał, im większe stężenie smogu, im więcej wyschniętych rzek i jezior, tym silniejsze wyparcie. Dlatego nie łudźmy się – rzeź polskich drzew nie ustanie, podobnie jaj eksploatacja piasków bitumicznych, zakładanie kopalni odkrywkowych, wycinanie lasów pod hodowlę bydła itd. itp.

Farsa przybiera monstrualne rozmiary szczególnie w świecie Zachodu, który w istocie nie wierzył i nie wierzy w istnienie śmierci. W ciągu kilkunastu miesięcy państwa nie tylko tak ułomne jak Polska, ale tak doskonałe jak USA przeistaczają się w teokracje, których ideą przewodnią jest przekonanie, że śmierć nie istnieje i my ją pokonamy (sprzeczność w obrębie religii nie ma racji bytu). Ponieważ rzeczywiście pokonać ją nie sposób, można jednie zanegować, a za jej istnienie obarczyć opozycję. W wymiarze praktycznym oznacza to systemowe niszczenie nauki, na czele za naukami przyrodniczymi oraz pozwolenie na niszczenie przyrody już nie w celach gospodarczych (jakkolwiek koszmarne były to cele), ale dla zaspokojenia narastającej agresji i autoagresji, która na dobre definiuje dziś patologicznie zachowania w obrębie przerośniętej populacji homo sapiens. Dokładnie z tych samych powodów obsesyjni przedstawiciele „cywilizacji życia” namawiają do rodzenia coraz to większej ilości dzieci.

Nie jest jednak tak, że tylko przedstawiciele i zwolennicy opcji religijnej radzenia sobie z problemami (w istocie jednym, którym jest realność śmierci – tym razem zmultiplikowanej) błądzą, pozwalając sobie obcesowo na realizowanie różnego rodzaju perwersji i sadyzmów ubieranych w szaty ustaw. „Jaśniejsza” strona mocy jest w tym konflikcie całkowicie bezradna. O ile pierwsi akceptują naturalne biologiczne mechanizmy obronne, przekuwając je na sukces różnych wersji autorytaryzmu (a już za chwilę totalitaryzmu), to drudzy nie mają żadnego punktu zaczepienia. Pozostaje im infantylne „przyjmowanie uchodźców” bez jakiejkolwiek refleksji, dlaczego mamy do czynienia z tak dramatycznym ich napływem, przy całkowitym ignorowaniu całkowicie fundamentalnych różnic między nimi a nami, co z kolei gwarantuje pełny sukces opcji religijnej. Pozostaje dalsza ucieczka w świat bez jakiejkolwiek tożsamości, płciowej, kulturowej, narodowej. Ostatecznie owa „jasna” strona mocy również odrzuca naukowy obraz świata i fakty, choć zakres owego odrzucenia jest mniejszy i odmienny od całościowego zanegowania nauki, definiującego nowe teokracje.

Ślepota ma wymiar absolutny. W jedynym radiu, którego jeszcze da się słuchać, każdego dnia Jacek Żakowski, Tomasz Wołek, Wiesław Władyka, Daniel Passent i ich goście przekonują mnie (uprzejmie uprasza się o nieobrażanie się wskazanych osób – są przywołane jako figury retoryczne i czasami zdarza im się powiedzieć coś mądrego), że nie ma żadnej nadziei. „Jaśniejsza” strona mocy nie zna przyczyn masowego szaleństwa „dobrej zmiany” (triumfującej przecież nie tylko w Polsce) i może jedynie niczym wół w malowane wrota przyglądać się rosnącym słupkom zaufania do systemowego szaleństwa. W najmniejszym stopniu nie łączy katastrofy z katastrofą ekologiczną, końcem świata nieograniczonego wzrostu i wynikającym z nich powrotem (krystalicznie czystego) freudowskiego wypartego. „Opozycyjny” nurt myślenia z pogardą odrzuca psychoanalityczne próby wyjaśniania problemu, choć statystyka, psychologia poznawczo-behawioralna i wreszcie ekonomia od kilku lat nie wyjaśniają niczego. Jak bezceremonialnie przedstawiciele dobrej zmiany manifestują swoją wyższość nad wszystkim, co nie jest dobrą zmianą, tak bezceremonialnie w statycznym świecie opozycji mówi się o ekonomii, transferach socjalnych, ubóstwie, służbie zdrowia, utrzymującym się poparciu dla populistów, emeryturach, przedszkolach, prawach człowieka i obywatela. Że są to już kwestie przeszłości, tego nie pojmuje nikt z tej strony barykady.

Autystyczne zachowania mogą skutkować tylko jednym – dopalaniem ekologicznej hekatomby, która za chwilę przemieni się w kryzys humanitarny i globalną wojnę o nieznanych dotychczas rozmiarach. Dość wyraźnie widać, że o ile strona „dobrozmianowa” wywodzi całkowitą rozdzielność człowieka i przyrody z perwersyjnej religijności judeo-chrześcijaństwa, o tyle strona „oświeceniowa” również co do zasady funkcjonuje w owym rozdzieleniu. Problem agresywnego i autoagresywnego niszczenia przyrody sprowadza do kwestii techniczno-prawnych, podczas gdy jest to już ostateczna walka o życie, bo każde drzewo jest dziś cenniejsze od złota. Paradoksalnie – z tego względu musi zginąć, Drzewa tylko z pozoru wycina się dla pieniędzy.

Dlatego, zanim nastąpi totalna woja wszystkich ze wszystkimi, Polska rękami jej synów i córek (sic!) (wiara w to, że samice homo sapiens są moralnie wyżej usytuowane od samców jest po lewej stronie bardzo wyraźna, choć niestety nieprawdziwa) przemieni się w ziemię jałową bez drzew, bez wody, bez powietrza. Tak, Drodzy Czytelnicy, kiedy już wytniemy wszystkie drzewa, będziemy się na przemian dusić, topić, umierać z pragnienia i głodu, wszystko pod hasłem „Bóg, Honor, Ojczyzna”!

Stawiam dobrą szkocką, że w ciągu najbliższych kilku lat zobaczymy na ulicach polskich miast biczowników i biczowanych. Karzących i karanych za klęski, które dziś własnymi rękami tworzymy, aby odwrócić klęskę ostateczną!

Na portalu Facebook trwa kolejna zabawa – polega na tym, aby napisać składającą się z trzech słów smutną historię. Moja przyjaciółka, Gabriela Morawska, głęboko rozumiejąca opisane wyżej okoliczności, choć być może nie podzielająca w pełni poglądów, napisała: „Wszystko będzie dobrze”.

Wszystko będzie dobrze. Z pewnością.
Trwa ładowanie komentarzy...