Najprawdopodobniej do końca roku Polska stanie się literalnie czymś w rodzaju powołanej do życia w literackiej wizji J.R.R. Tolkiena krainy Mordoru, złowieszczej, zatrutej wyziewami wulkanów i kuźni orków, nienadającej się do zamieszkania pustyni. Sytuacja jest tragiczna i całkowicie beznadziejna. O ile zagłada polskiej przyrody trwała już pod rządami dawnej, relatywnie restrykcyjnej i permanentnie obchodzonej ustawy, to w chwili obecnej mamy do czynienia z jej holokaustem. Nie ma żadnej możliwości powstrzymania szaleństwa, a jedyne, co można zrobić, to prowadzić kronikę zbrodni.
Jeśli nie spali nas globalne ocieplenie (co jest mało prawdopodobne), to (być może) można będzie myśleć o odbudowaniu prawa i poszukiwaniu nowych form społecznego współdziałania. Ale zniszczenia w przyrodzie (koniec końców narodowej) będą miały fundamentalnie niepowetowany i ostateczny charakter. Czegoś takiego na polskich ziemiach nie dopuścili się nawet zaborcy i okupanci. Wszyscy, którzy uczestniczą w tych działaniach, powinni wiedzieć, że biorą udział w niszczeniu przyrodniczego dziedzictwa (ostatecznie dobra narodowego) i powodują całkowicie bezpośrednie zagrożenie życia dla wszystkich, włączając w to przyszłe pokolenia (o ile możemy zasadnie zakładać ich istnienie), a mówiąc wprost życie własnych dzieci.
PS Myślę, że w przeciągu kilku lat Polska może się po prostu przestać nadawać się do życia. "Dobra zmiana" pozwoliła na dokonanie własnymi rękami katastrofy najpierw ekologicznej, potem humanitarnej. Już w połowie roku nawet dla niej stanie się jasne, że z tego trzeba się wycofać. Tyle tylko, że przywrócenie ochrony drzew w Polsce (a dokładniej ochrony przyrody jako takiej) będzie jak przywrócenie ochrony gatunkowej tura.
