Dwa słowa w sprawie smogu

Fot. Katarzyna Fiołek
W ciągu ostatnich dwudziestu pięciu lat Polacy praktycznie pozbawili swoje miasta i miasteczka miejskiej biosfery, wycinając na ogromną skalę drzewa, krzewy, usuwając lub zagospodarowując różnego rodzaju nieużytki, które były, jak się to niegdyś ładnie mówiło, zielonymi płucami miasta. Metodyczność owego niszczenia, brak jakichkolwiek instytucjonalnych prób przeciwdziałania mu oraz ostateczna likwidacja systemu ochrony przyrody w Polsce, połączona z narastającym problemem smogu, wskazują dość jednoznacznie, że mamy do czynienia ze zbiorowym szaleństwem.

Dzisiaj ci sami Polacy cieszą się, że ustawodawca pozwolił wreszcie na całkowite bezkarne usuwanie drzew i krzewów z terenów prywatnych. Piły już poszły w ruch, wzrasta sprzedaż sprzętu do wycinek, Polacy radują się z tego, że będą mogli dalej „porządkować” rzeczywistość. Urzędnicy, nawet pod rządami starego prawa, patrzyli na nielegalne wycinki przez palce.

Do tych samych Polaków czasami dociera też, że zbyt często muszą chodzić z dziećmi i wnukami do alergologów, pulmonologów, kardiologów, a wreszcie onkologów. Ci sami Polacy nie wiążą również obydwu faktów w najmniejszym stopniu. Piłę do wycięcia niedobitków drzew można kupić wracając z dzieckiem od lekarza.

Przez ostatnie dwadzieścia pięć lat jako aktywiści próbujący przeciwdziałać hekatombie miejskich terenów zielonych, drzew, alei przydrożnych, nieużytków miejskich, bezowocnie próbowaliśmy przeciwdziałać szaleństwu. Walka przypominała marsz na gniazda karabinów maszynowych podczas zmagań pierwszej wojny światowej. Nawet jeśli udało nam się w jednym roku uratować kilka drzew, parków czy alei, znikały w kolejnych latach. Byliśmy lżeni, poniżani, wyzywani, ignorowani, określani mianem szaleńców, wariatów, ekooszłomów, ekoterrorystów etc. Zarówno przez urzędników jak i (przede wszystkim) zwykłych zjadaczy chleba w ich odwiecznej wojnie z przyrodą.

Dziś wszystko jest już stracone. Pod rządami nowego prawa możemy tylko przyglądać się dobijaniu martwych. Okaleczane przez lata drzewa, pozbawiane koron, przecinane w pół (aby uniknąć kar za bezprawną wycinkę) zostaną usunięte, już tym razem w chwale prawa. Dęby, topole, lipy, jesiony, klony, kasztanowce zostaną zastąpione tak umiłowanymi przez rodaków estetycznymi tujami, kostką Bauma i innymi wytworami ludzkiej ręki.

Dziś, kiedy prawo całkowicie zrezygnowało z ochrony drzew, możemy tylko patrzeć. Wielu z nas pozwoli wyzbywa się nawet uczucia wstrząsu, jaki towarzyszył nam, kiedy z dnia na dzień sprzed naszych oczu znikały setki drzew, wraz z ptakami, wiewiórkami, owadami. Powoli ta bezsensowna żądza niszczenia przestaje krzywdzić. Odnotowujemy ją jako fakt. Oczywiście wiemy, że dorosłe drzewo działa jak kilka klimatyzatorów, że pochłania zanieczyszczenia, że filtruje powietrze. Wiemy i mówiliśmy o tym, ostrzegaliśmy, błagaliśmy, prosiliśmy, walczyliśmy. Bezowocnie.

Oczywiście i my niedługo założymy przeciwsmogowe maski sobie i naszym dzieciom. Nie mamy innego wyjścia. Nie zabraknie również takich, którzy w gustownej maseczce z równie gustowną piłą spalinową oczyszczą wreszcie świat z drzew i chaszczy. Z brudu, który nie pozwalał zaznać chwili psychicznego ukojenia. Zdrowie przecież jest najważniejsze.

A smog? Smog jeszcze tydzień temu był problemem teoretycznym. Dzisiaj nawet "Dobra Zmiana" ocenia, że może to być jednak problem praktyczny. Jak z nim walczyć? Tak, jak dotychczas. Wycinając drzewa i usuwając chaszcze. Obok zdrowia najważniejsze są czystość i porządek.

PS Nie jest oczywiście tak, że szaleństwo ogranicza się do wycinana drzew. Stanowcze, instytucjonalne odejście od OZE i oparcie anachronicznej gospodarki na węglu to kolejne elementy układanki, o których w innym miejscu.
Trwa ładowanie komentarzy...