Zmiana ustawy oznacza katastrofę ekologiczną

fot. AG
Wejście w życie zmian w ustawie o ochronie przyrody z 2004 r., pozwalającej na wycinanie drzew bez zezwolenia (i demontującej system ochrony przyrody w Polsce), oznacza wprost i bezpośrednio katastrofę ekologiczną w wielkich rozmiarach, która obejmie obszar Polski, zanim globalne ocieplenie rozpęta się na dobre. Skoro pod rządami względnie restrykcyjnych przepisów, udało się polskie miasta, drogi i aleje praktycznie pozbawić drzew, czy szerzej biosfery, po zmianie należy spodziewać się błyskawicznego usunięcia ostatnich jej pozostałości. Wszystko to będzie się działo przy narastającym problemie smogu w większości polskich miast (również tych mniejszych) i przy rozpaczliwych próbach ratowania Ziemi przed wzrastającą temperaturą, podejmowanych przez wybrane kraje.

Przez ostatnie lata pisałem tak wiele o zbiorowych i indywidualnych zaburzeniach homo sapiens, które doprowadziły w Polsce (ale nie tylko) do faktycznej zagłady zieleni na terenach zurbanizowanych i przy drogach (póki co nie mówimy o lasach, bo to częściowo odrębny temat), że w zasadzie nie mam już nic do dodania. Zainteresowani czytelnicy znajdą wszystko na blogu, a także na blogu prowadzonym przeze mnie w ramach portalu e-Sochaczew.pl. Ten ostatni jest zapisem zagłady przyrody miejskiej na terenie Sochaczewa, ale to samo dzieje się przecież wszędzie.
gasiorowskie-sochaczew.pl

Ustawowe uregulowanie owego holokaustu jest z kolei elementem zjawiska, do którego szerzej odnoszę się w poprzednim wpisie. (Kiedy oczywiste staje się oczywiste)

A zatem przyspieszamy zagładę. Ustawowe wyjęcie przyrody spod prawa (Polska), dekonstrukcja badań nad zmianami klimatu przygotowywana przez administrację Donalda Trumpa, są naturalną konsekwencją odrzucenia przez homo sapiens, zarówno w wymiarze jednostkowym, jak i całej populacji, całkowicie oczywistego faktu wymierania życia na Ziemi. Życia jako takiego. Innymi słowy, do samego końca, jedyne, co możemy sobie i światu zaoferować, to odrzucenie realnego.

Od jakiegoś już czasu, pośród garstki świadomych ludzi z całego świata, coraz mocniej wyodrębniają się dwa nurty. Optymistyczny – zakładający, że jest co ratować i pesymistyczny – który zakłada, że sprawa jej przesądzona. Przyglądamy się jedni drugim, podnosimy nawzajem na duchu, wpędzamy w depresję. Bezradni obserwujemy zagładę. Zagładę niewinnej, równie pięknej co absurdalnej bioróżnorodności, cudowności życia. Mogliśmy być jej strażnikami, okazaliśmy się jej katami, oprawcami, zabójcami. Będziemy umierać wraz z nią, pogrążeni w opowieściach o wyjątkowości naszego miejsca w świecie, o cudowności życia, o niezbywalnej godności ludzkiej, o tym, jak bardzo kochamy nasze dzieci, jak „bronimy życia nienarodzonych”, o urojonych bożkach, którzy mieli niegdyś pozwoli na to wszystko, o wierze w alternatywę - człowiek lub zwierzę, człowiek lub drzewo.

Niezgoda na realność śmierci, wyrażona w przywołanej na wstępie ustawie, a także w tysiącach innych groteskowych działaniach homo sapiens, stanie się przyczyną śmierci ostatecznej. Końcem homo sapiens jako gatunku. Gatunku, który mógł odkryć ostateczne tajemnice, który w miejsce tej możności, wytnie wokół siebie wszystkie drzewa.
Koniec, podobnie jako zło, będzie miał banalne źródła, ale intensywny i ponury przebieg.

PS Nie miejmy wątpliwości, zmiana ustawy oznacza wycięcie wszystkich drzew. Polacy nie zajmują się niczym innym od 25 lat. Wycięcie drzew oznacza katastrofę ekologiczną, a katastrofa ekologiczna humanitarną. Przynajmniej do chwili, dopóki pojęcia te mają jakieś znaczenie. Ustawa, obok ustaw demontujących ustrój RP, demontuje również w całości i tak niewydolny i nieskuteczny system ochrony środowiska. Drzewa są w tym sensie jedynie symbolem.
Trwa ładowanie komentarzy...