A nie mówiłem

fot. AG.
Jak się człowiek patrzy na to, co się dzieje, na tę wiarę lewicy i liberałów, że będzie można odzyskać dawny świat, to jasno przecież widać, że demokracja, prawa człowieka i obywatela, jakieś minimum wspólnych wartości, to wszystko mogło funkcjonować tylko w warunkach stałego kapitalistycznego wzrostu, w którym wszystkie społeczne (a dokładniej ludzkie) lęki były zakrywane kompulsywną konsumpcją opartą na holokauście biosfery.

Jest również całkowicie oczywiste, że wraz z każdym kilometrem lodu topniejącego w Arktyce, świat będzie podążał nie w kierunku jakichś tam autorytaryzmów, ale zwykłych totalitaryzmów. Najprawdopodobniej o charakterze religijnym. Jest równie oczywiste, że niepodobna dalej zwiększać konsumpcji. Nie wytrzymuje tego, ani biosfera, ani zbiorowa psychika.



Później, w wyniku konfliktów zbrojnych o nieznanym dotychczas wymiarze i rozmiarze i te totalitaryzmy zaczną zapewne znikać w miejsce całkowitej dowolności niczym już niekontrolowanej przemocy. Do chwili, w której biosfera i atmosfera odmówią współpracy ostatecznie.

Trzy newsy zasługują dziś na uwagę. Pierwszy to zwerbalizowane przekonanie Filipa Mechmesa, o tym, że czas już na republikę wyznaniową w Polsce. Nie czytałem jeszcze pełnego tekstu w „Plusie-Minusie”, ale jego treść jest całkowicie przewidywalna.
Filip Memches: czas na katolicką republikę wyznaniową

Drugi to zapowiedź Turcji, że jeżeli UE zaprzestanie procesu włączania Turcji do Europy (jakkolwiek absurdalnie to brzmi), Turcja „otworzy bramy dla uchodźców”.
President Erdogan: I will open gates for migrants to enter Europe if EU blocks membership talks

Trzeci, pojawiający się w ostatnich dniach na łamach różnych mediów, to informacja o tym, że przerażająco wysokie temperatury w Arktyce, mogą bardzo szybko uwolnić zupełnie niekontrolowalne zmiany klimatyczne. Nie jest to zresztą pojęcie adekwatne do rzeczywistości, bo chodzi w istocie o rozpętanie literalnego piekła na Ziemi.
Arctic ice melt could trigger uncontrollable climate change at global level

Jest miejsce, gdzie spotyka się pragnienie niewiedzy wszelkich opozycji: prawicy, lewicy, konserwatystów, postępowców, kapitalistów, socjalistów, scjentystów, irracjonalistów, ateistów i wyznawców. To miejsce to wiara w najbardziej fantazmatyczny ze wszystkich fantazmatów – Ziemi jako wiecznej przystani dla okrutnych, inteligentnych acz głupich małp niepotrafiących uporać się z realnością świata i własnej egzystencji, inaczej jak przez przemoc i konsumpcję.

Co mnie jeszcze bawi, to ślepa wiara wspomniana na początku. Wiara w to, że faszystów odsunie się od władzy i wszystko wróci do normy. Jest ona faktyczną i logiczną konsekwencją dotychczasowych zaburzeń poznawczo-etycznych późnych wnuków oświecenia (którzy zresztą odrzucili jego wiarę w naukę, zastępując ją oderwanymi od doświadczenia pseudonaukowymi teoriami). Mówią ci ludzie o podatkach, o nierównościach, o demokracji i jej łamaniu, o edukacji (do tej pory niewłaściwej - wybrano populistów), innowacjach, gender, braku żłobków, przedszkoli i ścieżek rowerowych. O przyjmowaniu bądź nieprzyjmowaniu uchodźców. O przemocy wobec kobiet. O prawie, równości, wolności braterstwie. Jeszcze rozdają sobie medale za zasługi na tym polu. Jeszcze się unoszą gniewem na ludzką masę, która nie chce tego słuchać i która podświadomie wie, że walczy się już tylko o jedno.

Na naszych oczach umiera wszystko - Arktyka, ocean, ziemia, uprawy, zwierzęta, rośliny i ludzie. Trzeba odrzucać wszystko co już wiemy o naturze ludzkiej, aby zakładać, że to co nastąpi będzie… Nie bardzo wiem, jakiego słowa użyć w tym miejscu. Wiemy, jakie będzie, ale wszystko, co wiemy, to jeszcze za mało. W takim świetle, perspektywa Gai jako matki kończącej szybko i w miarę bezboleśnie tę zabawę, wydaje się pocieszająca. Również takiego wariantu nie można wykluczyć. Jak to się ładnie mówi, wewnętrzna dynamika układu biosfera-klimat była niedoszacowana. Obawiam się, że możemy mówić o kilku latach.

Jak niejednokrotnie wspominałem, zaczynając pisać ten blog cztery lata temu, traktowałem go pół żartem pół serio. Nawet teraz staram się obracać sprawę w żart. Chociażby rozpoczynając serię mini-wpisów „Głupota denialistów”. Ale coraz mniej mi do śmiechu. Jeśli więc nadal będę to robił, to głównie dla zabicia czasu. Najprawdopodobniej zostało go niewiele.

Sporo jeżdżę po Polsce. Z racji wykonywanego zawodu jestem codziennie to tu, to tam. Wszędzie widzę okaleczone drzewa. W miastach, przy drogach. Drzewa, z których corocznie odcina się coraz więcej gałęzi, aż usychają pozbawione liści. Widzę te (tak zwane) inwestycje. Wystarczy kawałek najgłupszego chodnika czy durnej (tak zwanej) ścieżki rowerowej, żeby wyciąć i usunąć wokół absolutnie wszystko, co żyje. Drzewa, krzaki, kwiaty. Widzę hordy ludzkie zajmujące się wygrzebywaniem liści z trawy tak długo i cierpliwie, aż nie ma ani liści, ani trawy. Zostaje nagie umierające klepisko, które i tak wkrótce zostanie wylane betonem.

Mam poczucie, że w tym dziwnym zajęciu, w tym metodycznym, skrupulatnym zajęciu ludzkich małp tkwi tajemnica. Najbliższe lata przybliżą nas zapewne do jej ostatecznego rozwiązania.
Trwa ładowanie komentarzy...